niedziela, 21 lutego 2016

Punkt widzenia a punkt siedzenia


Co się we mnie zmieniło, kiedy zostałam mamą?


Chyba jestem wciąż tą samą osobą. Chyba, bo inaczej postrzegam świat, przynajmniej w kilku kwestiach. Światopogląd zmienił mi się głównie w tematach okołodzieciowych, ale inaczej też patrzę na innych, na życie. Z innej perspektywy. Jak wiadomo punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. A ja siedzę już długo :). I powiem Wam, coraz to mądrzejsze wnioski z tego siedzenia wyciągam. Przyglądam się życiu uważniej. Doceniam drobniejsze rzeczy, kocham mocniej niż kiedykolwiek, szanuję, jestem wdzięczna, wszystko na inny sposób.

Kilka kwestii obróciło się o przynajmniej o 180 stopni. Oto niektóre z nich.


Dom, czy grzęda?


Konkretniej „siedzenie w domu”, czy siedzenie jak kura na grzędzie?

przed urodzeniem potomka

Kiedyś postawiłabym znak równości pomiędzy tymi stwierdzeniami! Ileż można „siedzieć” w domu i „nie pracować”?! Tak, wzięłam w nawias, bo siedzenie w domu to ciężka praca. Teraz to wiem. Wiem jeszcze, nie uwierzą mi ci, co nie doświadczyli. Ci, którzy nie mają hektara podłogi do odkurzenia (ja już nie mówię o umyciu), smoka do wyżywienia, stada kotów. Przy tym nie biorą zwolnienia, jak chorzy. Matki przecież nie chorują! Matki nie biorą wolnego. Matka taka musi być na stendbaju 24ha! Ha!

Wcale nie narzekam. Mam cudownych chłopców, których kocham ponad życie, mam te moje koty, moje pasje i zainteresowania. Tak, bo „siedząc” w domu też można się rozwijać. Tak, jeśli człowiek jest myślący, to potrafi sobie czas „wolny” (zwykle z dwulatkiem przy nodze) zająć konstruktywnym zajęciem!

Kiedyś myślałam inaczej, kim ja byłam?

Pracowałam przez jakiś czas w działach osobowych. „Macierzyński jej się skończył i wychowawczy bierze. No proszę, mało jej siedzenia w domu?”. Patrzyłam ze swojego kręconego fotela z brakiem zrozumienia. Totalnym. Siedzi taka w domu, to pewnie zapyziała i zdziczała, w rozciągniętym dresie. Jedyna jej rozrywka to spacery z wózkiem.

po urodzeniu potomka

Byłam pewna, że wrócę po roku. Na bank. Jak można inaczej? Kariera tempa nabiera, a ja miałabym się cofać?! Życie zweryfikowało. Życie podało mi na tacy wybory, nie łatwe.

Macierzyństwo dało mi odwagi. Z tą odwagą wejdę na nowo życie zawodowe. Chwilowo jestem na etacie mamy. Tak zdecydowałam.

A może by tak połączyć pracę i dom? Czy praca to musi być 8 (plus dojazdy) godzin poza domem? Otóż na szczęście nie! :) 

Swoją drogą podziwiam młode mamuśki wracające szybko do pracy zawodowej. Podejrzewam, że bez pomocy faceta, niani, babci, czy innych ciężko być na etacie i wyrabiać drugi w domu. Szczególnie przy kilku maluchach.

A dres to mój przyjaciel. Skoro wygodny i w miarę czysty, to co w tym złego? Jaka praca, taki strój roboczy :p. Jak czuję, że dziczeję, wychodzę do ludzi, po prostu. I mam się z kim spotkać, ciągle poznaję nowe osoby. Przed zapyzieniem chroni manicure od czasu do czasu, dla równowagi emocjonalnej. A jak cieszy kieckę założyć, włosy rozpuścić! Czuję się wtedy, jak gwiazda, jestem gwiazdą!

I jeszcze jedno – wbrew obiegowym opiniom o kurach domowych - siedząc na grzędzie nie przytyłam :). Nawet schudłam. Wiadomo, ruch to podstawa, a przy żywym maluchu, nie ma „nie chce mi się”. To nie to samo, co posadka za biurkiem. Przy okazji zmieniłam zwyczaje żywieniowe na zdrowsze. Karmienie piersią też pomaga. Właśnie…


Karmienie piersią, czy karmienie sztuczne?


przed urodzeniem potomka

Planowałam karmić. Planowałam karmić 6 m-cy. Taki cel był. Kobiety karmiące ponad rok uznawałam za przynajmniej dziwne, a ich dzieci za uzależnione ssaki. Karmienie w miejscu publicznym mnie poruszało, bo było czymś innym, bo większość tego nie robi, bo jak to – pierś? Mleko modyfikowane – dla ludzi, wygodne i tatuś się może wykazać, przecież gender mamy.

po urodzeniu potomka

Karmię już prawie dwa lata. Wiem, jakie to ważne. Poznałam zalety karmienia naturalnego. Nie czuję problemu, nie czuję się uwiązana, nie jest to dla mnie poświęcenie, ani wyrzeczenie.

Laktoterrorystka? Raczej Laktywistka! :) Różnie postrzegane są osoby, które mówią głośno o zaletach mleka naturalnego, o korzyściach z długiego karmienia. Ja szanuję bardzo mamy podające swoim pociechom mieszanki, nie są gorszymi matkami. Wiem, że często bardzo chciały karmić, wielu z nich nikt nie pomógł w ważnym momencie. Są mamy, które świadomie zrezygnowały. Jestem zaskoczona, kiedy słucham i czytam, że kobiety karmiące mlekiem modyfikowanym są atakowane i wpędzane w poczucie winy. Możliwe, że tak jest. Do mnie docierają sygnały odwrotne. Ja widzę reklamy wyskakujące z telewizora, zeskakujące na mnie ze mnie ze ścian (plakatów) w przychodniach. Słucham i irytuje mnie nagminne łamanie Międzynarodowego Kodeksu Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece nawet przez lekarzy, którzy potrafią młodą matkę skutecznie zniechęcić na starcie. Różni specjaliści, bez wiedzy w temacie potrafią terroryzować butlą! A po czasie stwierdzają, że mleko mamy po pół roku to już woda, że głodzę dziecko! Ja TAKĄ rzeczywistość widzę! Widzę braki w tym systemie. Staram się doradzać komu mogę i jak mogę, choć czasem nieporadnie, bo jeszcze z emocjami, które są we mnie żywe, bo sama jeszcze żywię moim mlekiem syna. Czasem ciężko się od tego odciąć i zdystansować. Moje początki też nie były łatwe. Walczyłam, zawzięłam się. Mi się udało. Teraz marzę o pomocy dla innych mam, żeby coraz większej ilości z nich się „udawało”.

Rozwrzeszczany bachor, czy rozbawione dziecko?


przed urodzeniem potomka

Już sama myśl o locie samolotem obok niemowlaka przyprawiał mnie o ból głowy. Oczywiście zawsze to trzeba było jakoś przecierpieć.

Dziecko w centrum handlowym rzuca się na podłogę? – rozpuszczony bachor! Matka sobie nie radzi, wlazł jej na głowę.

po urodzeniu potomka

W tej kwestii poprzestawiałam chyba wszystkie zwoje w swojej głowie i ustawiam je na nowo codziennie coś zmieniając :). Od razu mówię, żaden poradnik ci prawdy nie powie, trzeba testować na żywym materiale :).

20-30 lat temu wychowywanie (jak ja nie lubię tego słowa) dzieci praktykowane było w jeden powszechny i przez większość stosowany sposób. Zwykle opierało się wszystko o dyscyplinę, posłuszeństwo. Klaps i krzyk od czasu do czasu. Postraszenie, małe manipulacje. Dziś otrzymujemy możliwość zapoznania się z różnymi modelami bycia z dzieckiem. Jest wybór. Ja osobiście zamieniłam „dzieci i ryby głosu nie mają” na „dzieci to ludzie i trzeba z nimi rozmawiać”. Biorę pod uwagę potrzeby mojego dziecka. Wczytuje się we wszystkie sygnały, jakie mi daje i reaguje na nie. Oczywiście z poszanowaniem własnych granic i swoich potrzeb. Z bliskością i dawaniem poczucia bezpieczeństwa na każdym kroku.

Dzieciaki biegające i krzyczące, to radość. Cieszą się, roznosi je energia, bo są zdrowe i szczęśliwe. Nie mają na celu zdenerwowania dorosłych i utrudnienia rozmowy przy kawie. One się po prostu dobrze bawią, a że czasem się zapomną... to już inna kwestia :).

Dziecko na podłodze oznacza bardzo opanowaną matkę :). Matkę, która tego dziecka nie szarpie na siłę, nie ciągnie, tylko czeka, aż samo się spróbuje podnieść i wtedy mu pomoże.

Tak mogłabym wymieniać długo. Na dzieci patrzę po prostu inaczej, łagodniejszym spojrzeniem, mniej krytycznym. Doceniam też inne matki.

Co w Was się zmieniło? Macie swoje przed i po?




Będzie mi niezmiernie miło jeśli zalakujesz fanpejdża na FB, udostępnisz post lub skomentujesz. 
Wtedy wiem, że jesteś, czytasz i dajesz mi sygnał do działania :).


3 komentarze :

  1. U mnie nic nie jest tak, jak "miało być"... Z resztą, też pisałam o tym kiedyś 😜
    co do kp to nie ważne jak karmisz i tak jesteś szykanowana... Totalny absurd dzisiejszych czasów, którego nigdy nie zrozumiem.
    A bahory... Ja osobiście nie lubię jak moje się tak zachowuja. Staram się uczyć je, że nie muszą biegać i wrzeszczeć w miejscach publicznych.... Z różnym skutkiem oczywiście 😜

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak fajnie napisane...:) ja mam bardzo podobnie, przed małym nie wyobrażałam sobie jednego miesiąca bez treningu, zresztą nadal sobie nie wyobrażam (chociaż dokładnie jeden miesiąc przetrwałam i to w zachwycie ;). 90% czasu wypełnia mi synek, 10% - jest moje i nagle w tych 10% jestem w stanie wyrobić to co niegdyś wypełniało mi 60%. Stałam się "tańczącą kurą". Tylko na jedno nie starcza mi czasu - czytanie "co powinnam, jako matka", "co powinno moje dziecko"...codziennie modyfikujemy swoje zachowania, potrzeby i komunikowanie się i robię głównie to co lubię, aby zaoszczędzić siły na wieczór na pracę ...

    OdpowiedzUsuń